Metody połowu: agresywne jigowanie w pionie na ciężkie pilkery z kutra lub z innej przystosowanej do wędkowania jednostki pływającej.
Rekord krajowy: 28,9 kg.
Normy medalowe: złoty 15 kg, srebrny 10 kg, brązowy 8 kg.
Władysławowa nikomu chyba nie trzeba polecać. To świetne miejsce na letni wypoczynek nad morzem, plażowanie i wypady do smażalni w porze śniadania, obiadu i kolacji. To również znakomity punkt dla wędkarzy gotowych na morską przygodę. Oprócz dużego rybackiego portu, do którego można wejść bez przeszkód i w bosmanacie wykupić pozwolenie na łowienie w Bałtyku, są tutaj falochrony z betonowych gwiazdobloków, wśród których chronią się ryby morskie i słodkowodne. Kilka kutrów specjalizuje się w wędkarskich rejsach, czyli wyprawach na dorsze. Ich szyprami są zawodowi rybacy, więc niemal się nie zdarza, by przedsięwzięcie takie zakończyło się fiaskiem.
|
Rejsy wędkarskie organizują:
- Armator: Jarosław Kirszling, 84-120 Władysławowo, 058/6731418, 0601 673890.
- Armator: Kazimierz Dettlaff, 84-140 Jastarnia, ul. Kaszubska 27, 058/6752546, 0600 295268.
Z Władysławowa wypływamy skoro świt. Jest październik, morze tuż po sztormie – jeszcze zdrowo kołysze, ponad 4 stopnie w skali Beauforta. Na łowisku, na tzw. wrakach, jesteśmy po dwóch godzinach, wszyscy uzbrojeni w ciężkie wędziska Mitchella i kołowrotki morskie. Niektórzy korzystają z multiplikatorów ABU. Pilkery wyjątkowo ciężkie – „wraki” to łowisko 20–32 m pod powierzchnią z silnymi prądami i 250, a nawet 350 g nie jest tu przesadą. Zestawy montowane „na poprawkę”, czyli metr nad pilkerem na 20-centymetrowym bocznym troku z grubej, sztywnej żyłki albo twister na potężnym haku, raczej bez dociążenia lub z maleńką główką. Inni zamiast gumy korzystają z różnego rodzaju „włosiaków”, kogutów, czegoś na kształt morskich streamerów z piór, sierści i innych muchowych materiałów.
Stajemy w dryf. Słychać odgłos buczka, czyli wolno łowić. Niektórzy zarzucają pilkery na kilkadziesiąt metrów w morze, inni – i ja do nich należę – po prostu wpuszczają ciężkie zestawy od nawietrznej. Kuter zacznie dryfować, a przynęta będzie się powoli przemieszczać po dnie. Jeśli by podać zestaw od zawietrznej, żyłka szorowałaby po poszyciu kutra, które po kilku miesiącach na wodzie pokryte jest ostrymi skorupami pąkli, a nawet osiadłymi małżami.
Przynęta siada na dnie. Czuję to wyraźnie na kiju. No to szczytówka do góry. I w chwilę potem w dół – niech pilker opada. I tak w koło Macieju... Nuda? Pozorna; chwila, kiedy w przynętę uderzy przydenny drapieżnik, przerywa monotonię machania wędką. Wyciągnięcie kilkukilogramowego dorsza z dwudziestu kilku metrów – spośród morskich prądów, silniejszych niekiedy niż rzeczny uciąg – wymaga wręcz ciężkiej fizycznej pracy. Wątłusze walczą pięknie, do samej powierzchni, do chwili, w której ktoś z załogi podbierze rybę osęką.
Początek standardowy – ryby nie są wielkie, wszystkiego 2–3 kg. Ale później, kiedy wiatr się wzmoże i Bałtyk rozkołysze się o ponad stopień, trafiać się będą i większe sztuki. Zdarzy się nawet dublet – czterokilogramowy dorsz na przywieszce i taki sam na pilkerze.źródło: http://wedkarstwo.onet.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz